Reklama

niedziela, 20 maja 2012

Szarość

Właściwie nikt nie wie, kiedy pojawiło się w okolicy, kiedy wlało się na przedmieścia a potem także do ogródków i budynków w centrum miasteczka. Właściwie to chyba nawet nikt nie dostrzegł, że coś się zmieniło. To co się stało właściwie jakby się zupełnie nie wydarzyło. Może właśnie dlatego, że pojawiało się tak stopniowo i niezauważalnie?
Ciekawe jest to, że właściwie opanowało dokładnie wszystko, co tylko było możliwe do opanowania. Wniknęło więc w strumyk przepływający przy wjeździe, opanowało też konie, które biegały po łączkach. Potem opanowało też same łączki. Złączyło się z domami, z ogrodami, ze zwierzętami.
Z ludźmi też stało się coś dziwnego. A niebo? O niebie też nie można zapominać. Miasteczko tylko z nazwy pozostało pogodne. Tylko nazwa mogła sugerować przybyszowi, że kiedyś to była "Dolina zalana Słońcem". Tak. Taką oryginalną nazwę miało to miasteczko.
Przybysz pojawił się pewnego ranka. Pierwsze co zauważył to szarość. Pomyślał wtedy, że może ktoś miał poczucie humoru i tak dla żartu nazwał to szare, smutne miasteczko tak pogodną nazwą. Zaciekawiło go to. W duchu postanowił, że się nad tym będzie zastanawiał. Chciał poznać tajemnicę nazwy, niepasującej do tego miejsca.
Wędrowiec w niejednym był już miejscu i niejedno w swoim życiu już widział. Wiedział więc, że o tej porze zapewne spotka wielu mieszkańców w kawiarni, nad spóźnionymi kubkami niezbyt ciepłej kawy. Skierował więc swoje kroki w miejsce, które właśnie na taką swojską kawiarnię mu wyglądało.
Nie pomylił się. Przed lokalem stało kilka stolików, ale zapewne szarość otoczenia wypłoszyła bywalców do wnętrza. Wszedł i nie zawiódł się. W środku było wiele osób, głównie starszych oraz pań, które zapewne wstąpiły tutaj zaraz po tym, gdy swoje dzieci odprowadziły do szkoły, a chwilę przed tym, gdy zaczną zajmować się zwykłymi obowiązkami domowymi. 
Usiadł przy barze i skinął głową kelnerce. Podeszła. Zamówił proste śniadanie. Kawa była gratis. Rozpoczął zwyczajowo od pytań o pogodę. Od razu wyczuł, że tubylcy nie byli zbyt radośnie usposobieni. Czuć było jakąś smutną nutę w ich głosach. Jakąś nieokreśloną tęsknotę.
Gdy tradycyjne formułki zostały wygłoszone, zapytał, czemu to wszystko jest takie smutne, szare. Takie bez życia.
Ludzie popatrzyli na niego dziwnie, podejrzliwie. Jak na kogoś, kto swój rozum pozostawił gdzieś po drodze. Zadziwieni byli, czemu zadaje im takie dziwne pytania. Przecież ich życie się nie zmieniło. Jest jakie jest i są zadowoleni.
Poczuł wędrowiec, że dużo nie wyciągnie, ale postanowił zapytać z innej strony. Zadał pytanie o to, czym dla nich jest słoneczna dolina. Coś dziwnego zobaczył w oczach najstarszych towarzyszy. Jakiś błysk. Jakby iskierkę zrozumienia. 
Zapytał, czy słoneczna dolina nie powinna być zalana słońcem, radosna, pełna śmiechu, kolorów radości? Odrzekli, że przecież tak jest. Teraz on się zadziwił. I posmutniał. Ci biedni ludzie, tak dawno nie widzieli kolorów nadawanych przez światło, pogrążeni w szarości, smutku, zadumie, że zapomnieli jak wygląda dolina zalana słońcem.
Zapytał więc o dzieciństwo, jakie mieli, jak wyglądało co robili. Wyczuł ból w niektórych. Zobaczył mruganie oczami, jakby lekkie oszołomienie w spojrzeniu. Odniósł wrażenie, że się budzić poczynają. Rozglądać po otoczeniu.
Zapadła długa cisza. On czekał. Wiedział, że czasowi trzeba dać czas. 
Najbliżej siedzący staruszek podniósł się chwiejnie, wyciągnął przed siebie drżącą, starczą dłoń i niepewnie począł iść ku drzwiom. Otworzył je, popatrzył w niebo i wyszeptał, że już pamięta. Pamięta co się stało przed laty. Że do miasta przyszła kobieta z zewnątrz. Nadziwić się nie mogła, że każdy każdemu daje śmiech, daje radość, dobre słowo, że nie żałuje tego nikomu. Że dzieli się radością życia z każdym, bez względu na wszystko. Kobieta ta wiele otrzymała od ludzi, ale bała się, że dając od siebie pozbawi siebie samej tej radości, tego życia, miłości. Mówiła, że jak można ciągle dawać i dawać. Jak można dawać i nie brać. Zasiała tym niepokój w sercach mieszkańców.  Sprawiła, że i w ich sercach zaczął się lęgnąć szary strach, lęk, obawy i zazdrość. Nie działo się to szybko, bo radość ciężko wyprzeć z życia. Ale jednak przez lata szarość opanowała wszystko i wszystkich.
Wędrowiec posmutniał na krótką chwilę, a potem powiedział, że już pamięta to miasto, że kiedyś przechodził przez nie i otrzymał wiele dobrego. Teraz po prostu roześmiał się na całe gardło i zaczął krzyczeć do nich, że ich kocha, że są cudowni, że tak pięknego miejsca nie ma na świecie nigdzie indziej.
Szarzy ludzie z początku przypatrywali mu się bardzo nieufnie, ale potem na ich twarzach zaczęły pojawiać się nieśmiałe uśmiechy, śmiechy a potem ogromna radość pojawiła  się między nimi. Zaczęli biegać, cieszyć się, obejmować. Ich twarze jaśniały, ich życie zaczęło nabierać kolorów.
Miasto zaczęło znów tętnić radością.
Jeden człowiek je zatruł swoją zawiścią. I jedne człowiek je uradował swoją radością.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz