Reklama

sobota, 24 marca 2012

Do głazu, co ramion mych przytłacza konstrukcję

Zrzuciłam z siebie głaz tysiąctonowy.
Wyprostowałam swe barki i spojrzałam.
Dotąd świadomość błądziła w półmroku, gdzie czasami pojawiał się promyk światła: człowiek.
Promyk światła ulotny, chwilowy.

Wyprostowałam me barki i spojrzałam obok. Za mymi plecami spoczywał ów głaz tysiąctonowy.
Spojrzałam nań, aż się zdziwiłam.

Jak mogłam na ramionach dźwigać coś tak ogromnego i myśleć, że to normalne?

Spojrzałam wokoło i zobaczyłam coś o istnieniu czego me serce, ma dusza i umysł mój wreszcie, zdawały się nic nie wiedzieć, o niczym nie pamiętać.... Nie widzieć nawet.

Gdy głaz ten na barkach mych spoczywał, przez głowę hołubiony niby korona, widziałam tylko cień jaki oddawał on ziemi. I czasem widziałam iskierkę człowieka, gdy miał odwagę pod niego zajrzeć.

Jakże piękny jest świat gdy z barków zrzucić swe brzemię, dotąd uznawane za chlubną koronę a w istocie chwilami niby cierniowe kolce wrzynające się w świadomość.

Ileż tu barw, jaka ich feeria. Jaki blask oddaje nam Słońce!

Niosąc głaz na ramionach myśli się, o tym, że jest się na szczycie. Jednak szczytem jest zrzucić ów balast na ziemię i wdrapać się na jego szczyt. Prawdziwą koroną jest właśnie odrzucenie ciężaru, pozbycie się tego przerosłego ego. Wdrapanie się na szczyt jego szczątków i powiedzenie: Jak pięknie!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz